sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 21: "Przyszedł po mnie."

       
        CZYTASZ? = KOMENTUJ!!!

                 Miłego czytania :) 


Nicole. 



- Wstawaj! - ktoś krzyknął, budząc mnie przy tym. 


Zasnęłam? 


To był ten blondyn, który wczoraj do mnie przyszedł i jako jedyny nie był dla mnie niemiły. Otworzyłam zmęczone oczy i zobaczyłam, że stoi nade mną i tylko czeka, aż się podniosę. 



To sobie poczekasz, ha! 



Nie wiem ile spałam, ale nadal czułam się zmęczona i wszystko mnie strasznie bolało, najbardziej żebra. Chłopak nie był w dobrym humorze i tym razem chyba mi nie pomoże wstać lub nawet usiąść.
- Długo mam jeszcze czekać?! - syknął przez zęby.
- Nie mogę wstać... - mruknęłam. Poczułam szarpnięcie i ogromny ból rozchodzących się wzdłuż mojej kostki, aż do moich żeber.



Co się do cholery dzieje?! 



Krzyknęłam, a w moich oczach pojawiły się łzy. Kostka niemiłosiernie zaczęła boleć, aż zakręciło mi się w głowie.
- Nie mam zamiaru się z tobą cackać, kurwa. Idziemy. - warknął, ciągnąc mnie za sobą. Wydałam z siebie okrzyk bólu i upadłam na podłogę, a z oczu wydostały się łzy, których nie mogłam powstrzymać. - Czego kurwa nie rozumiesz w słowie "idziemy"? - syknął.
- Czego nie rozumiesz w zdaniu "nie mogę chodzić, bo mam złamaną nogę"? - warknęłam, krztusząc się łzami. - Dupek. - mruknęłam, w zamian dostałam cios w brzuch. - Kurwa... - krzyknęłam z bólu. - P-przepraszam... - dodałam, ale mnie nie słuchał. Zaczął wymierzać ciosy w twarz, brzuch potem już nic nie czułam.



Zemdlałam. 



                             ~*~     



Justin. 


Szliśmy cicho wzdłuż korytarza, było ciemno, a jedynie co było słychać to nasze nierówne oddechy. Szedłem na przodzie, prowadząc wszystkich do wyznaczonego celu. Dotarliśmy do wielkich drzwi, z których słychać było rozmowę Cullena ze swoimi pracownikami.
- I co teraz z nią zrobimy? - zapytał, gdy usłyszałem słowo "nią", moje pięści zacisnęły się na broni, którą trzymałem.
- Poczekamy, aż przyjadą po nią, a napewno to zrobią. Jest w końcu oczkiem w głowie Nathana, byłby złym ojcem, gdyby nie przyszedł. - zaczął się śmiać jakby był to najzabawniejszy żart na świecie. 
- A co jeżeli przyjdzie z The Killers*? - zapytał cicho jeden z jego przydupasów. 
- Cóż... Nie sądzę, żeby tak się stało. - odpowiedział swobodnie. - W końcu Watson z Bieberem się nienawidzą. - ponownie się zaśmiał. Kiwnąłem głową na znak, że wchodzimy. Policzyłem do pięciu i z impetem otworzyłem drzwi. 
- Witam państwa, przyszedłem odebrać to co moje. - uśmiechałem się do wszystkich szeroko, w końcu nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. 



Ich miny były bezcenne. 



- Justin, cóż za miła niespodzianka! - zawołał radośnie Cullen. - Co cię tu sprowadza? - spoważniałem, rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu zatrzymując swój wzrok na moim największym wrogu - Jamesie Cullenie. 
- Gdzie ona jest? - warknąłem. Facet spojrzał na mnie zdziwiony udając, że nie wie o co mi chodzi. 
- Ale kto? - udawał głupiego.
- Nie udawaj, kurwa. - podeszłem bliżej, poczułem jak broń zostaje przyciśnięta do mojej głowy. 


Kurwa. 


- Wiem, że ją macie. - syknąłem przez zęby. 
- Gdzie jest kurwa, moja córka?! - krzyknął Nathan wchodząc do pomieszczenia razem ze swoją grupą.
- Ohh... O nią chodziło. - uśmiechnął się chytrze. - Jest u mnie bezpieczna, nie masz się o co martwić. - wzruszył ramionami, jakby nigdy nic.
- Jeżeli coś jej zrobiłeś... Rozpierdole ci łeb. - warknąłem.
- Justin? Co ci się stało, nigdy nie przejmowałeś się dziewczynami. Zawsze jedna na jedną noc, pamiętasz? - powiedział, patrząc na mnie z pogardą.
- Chce ją zobaczyć. - powiedziałem, unikając jego "pytania".
- Zakochałeś się, Justin? - zaśmiał się Cullen.
- Nie. - warknąłem. - Chce ją zobaczyć. - dodałem, przez zaciśnięte zęby. 
- Dobrze, skoro nalegasz. - odpowiedział. - Przyprowadź sukę. - gdy usłyszałem jak ją nazwał wyrwałem się chłopakowi, który trzymał broń przy mojej głowie. Uderzyłem go w twarz i kopłem w brzuch, powalając na ziemię celując bronią w Jamesa. 
- Przyprowadź ją. - warknąłem.


                              
                               ~*~        



Nicole. 


Siedziałam pod ścianą z podkulonymi nogami pod brodę. Zostałam ponownie pobita, nie mogę się ruszyć. Moja głowa strasznie pulsowala o kostce już nawet nie wspólnę, nawet nie czułam już tego okropnego bólu. 



Mam już dość.



Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pomieszczenia, nie ruszyłam się nawet o centymetr. Niech robią co chcą, mnie to już obojętne.
- Wstawaj. - powiedział, podchodząc do mnie bliżej. Próbowałam się podnieść, ale na marnę. Podszedł do mnie i pociągnął za ramię w górę, aż syknęłam z bólu. 



Pieprzony dupek!


Idąc, w prawdzie podskakując na jednej nodze, próbowałam być szybsza i go wyprzedzić, ale to było na marnę. Mijaliśmy długie korytarzę, w których było jeszcze chłodniej niż w moim "pomieszczeniu". Zaczął mnie prowadzić do ogromnych drzwi, aż w końcu do nich dotarliśmy. Otworzył je i siłą wrzucił mnie do środka.
- Kurwa... Delikatniej nie mogłeś? - zapytałam, leżąc na plecach masując kostkę. 
- Nicole... - usłyszałam dobrze znane mi dwa głosy. Odwróciłam głowę w stronę dochodzącego dźwięku i zamarłam.



Przyszedł po mnie. 



- Justin... - mruknęłam. W moich oczach zebrały się łzy kiedy zobaczyłam ich wszystkich: Justna, tatę, Ethana, Johna i znajomych taty, których nie znałam, ale cieszyłam się, że poświęcili się dla mnie i przyszli.
- Jak słodko. - klasnął w dłonie mężczyzna podchodząc bliżej mnie. Zaczęłam się cofać do tyłu, aż natknęłam się na ścianę. - Wstań ślicznotko, nic ci nie zrobię. - powiedział, uśmiechając się do mnie w obrzydzający sposób. Skrzywiłam się, patrząc na niego z dołu i prychnęłam.
- Wcześniej też miałeś mi nic nie robić, a wyglądam gorzej niż jak mnie tu przywieźli. - warknęłam, wywracając oczami. - Nie dziękuję, posiedzę sobie. - mój głos był niewyraźny i przepełniony sarkazmem. 
- Wstań, kurwa jak cię prosiłem. - warknął. 
- Zostaw ją. To nie jej sprawa, załatwimy to wszystko sami. - syknął mój ojciec. Mężczyzna pociągnął mnie do góry i przystawił do skroni pistolet. Na moment przestałam oddychać, widziałam desperację w oczach ojca i złość w Justina. 
- Chyba się przesłyszałem. - zacmokał. - Oczywiście, że to jej sprawa. Jest spokrewniona z moimi dwoma największymi wrogami. - zaśmiał się. - Jak się czujesz, kochanie? - zapytał mnie sztucznym głosem. Skrzywiłam się i nie odpowiedziałam, w moim gardle pojawiła się wielka gula, przez którą nie mogłam wydobyć z siebie żadnego słowa. - Słyszałaś o co zapytałem?! - krzykał tak głośno, że aż się wzdrgnęłam. 
- T-tak... - mruknęłam. 
- Grzeczna dziewczynka. - mruknął mi do ucha. Zaczął sunąć swoimi ochydnymi ustami wzdłuż mojej szczenki, aż do obojczyka. - Jesteś piękna, wiesz? Pewnie masz wielu adoratorów. W tym Justina, prawda? - dodał. - Szkoda byłoby takiej pięknej dziewczyny... - o Boże. 
- C-co ty robisz? - nie usłyszałam odpowiedzi, zamiast tego usłyszałam głośne strzały. Upadłam na ziemię, czołgające się pod najbliższy stół. Zatkałam uszy, nie chcąc słyszeć tych odgłosów. W pewnym momencie strzały ucichły i wydawało mi się, że słychać tylko mój cichy szloch.
- Nicol, kochanie... - to był tata. - Już wszystko dobrze, jestem z tobą. - próbował mnie przytulić, ale odsunęłam się szybko. - Wszystko dobrze? - zapytał cicho. Wygramoliłam się z pod biurka i spróbowałam wstać, kiedy już mi się to udało spojrzałam na niego z pogardą. W jego oczach widziałam desperację, smutek, zawiedzienie i złość. 
- Zostałam pobita, mam złamaną nogę, wszystko mnie boli, a do tego zostałam porwana przez interesy własnego ojca... Tak, kurwa. Wszystko w porządku! - krzyknęłam. - Zabierz mnie do domu. - mruknęłam do Ethana, dławiąc się łzami. Ten jedynie pokiwał głową i wziął mnie na ręcę. 


                             ~*~


2 godziny pózniej. 



Zatrzymaliśmy się pod naszym domem, jako pierwsza próbowałam wysiąść z samochodu, ale niestety moja kostka mi na to nie pozwalała. Skoczyłam nie na tą nogę co powinnam, przez co krzyknęłam i się przewróciłam.
- Wszystko w porządku? - zapytał Justin, próbując mnie podnieść.
- Tak. - warknęłam, odpychając go od siebie i próbując wstać. - Ethan, mógłbyś mi pomóc? - mruknęłam. 
- Jasne. - podszedł do mnie i wziął mnie na ręcę, gdy przekroczyliśmy próg domu, od razu rzuciła się na mnie całe we łzach Bella.
- O mój Boże! Nic ci nie jest?! Zrobili ci coś? Dotykali w ten sposób? - zadawała mi masę pytań, ale ja tylko kiwałam głową na "nie".
- Chce zostać sama. - mruknęłam. Poczułam, że zaraz zacznę na nowo płakać, więc wolałam stąd wyjsć, żeby nie widzieli jaka jestem słaba.
- Zaraz do ciebie przyjdę. Przyniosę ci ci coś do jedzenia i porozmawiamy, dobrze? - zapytała, uważnie mi się przyglądając. Kiwnęłam głową i zaczęłam zmierzać w kierunku schodów.


Cholera.


Próbowałam na nie wejść skacząc na jednej nodzę, ale nie wychodziło mi to. Czułam na sobie ich martwiące się wzroki, przez co wywróciłam oczami.
- Nicol... Pomóc ci? - to był John. 
- T-tak... - odpowiedziałam ledwo słyszalnie. Podszedł do mnie, wziął mnie pod ramię i razem ze mną skierował się na górę. Wchodząc do pokoju, od razu położyłam się na łożku z głową w poduszkach i tak po prostu zaczęłam płakać. Czułam na sobie wzrok Johna - martwiący i pełen skruchy wzrok. 
- Nicol... - próbował do mnie podejść, ale spanikowałam. Wstałam szybko, ignorując bolącą nogę. 
- Nie podchodź! - krzyknęłam. Nie wiem co mi się stało, ale zaczęłam się bać. - Wyjdź stąd, chce być sama. - powiedziałam cicho. Patrzył na mnie zszokowany, nie dziwie się. Sama siebie nie poznawałam. 
- Wszystko w porządku? - zapytał, próbując się ponownie do mnie zbliżyć. - Może zawołam Justina? Albo twojego ojca? - dodał. Energicznie pokiwałam głową, żeby tego nie robił.



Nie chce ich widzieć.


- Chce być kurwa sama. - warknęłam, dając nacisk na każde słowo. Pokiwał głową, odwrócił się i wyszedł. Kiedy opuścił pomieszczenie, usiadłam przy łożku na podłodze i zaczęłam ponownie płakać.


Jestem żałosna.


Zaśmiałam się ponuro patrząc w jeden martwy punkt przed sobą, chciałabym mieć normalne życie. 


Chciałabym mieć normalnego ojca, który pracuje w normalnej firmie, a nie w jakieś pieprzonej mafii. Chciałabym zakochać się w normalnym chłopaku, a nie zabójcy. Chciałabym, żeby była z nami mama. Chciałabym przestać być okłamywaną na każdym kroku. Chciałabym być w końcu szczęśliwa. 

 

                              ~*~



Hejka wszystkim! Dzisiaj mam dla was rozdział 21 i mam nadzieję, że wam się podoba :) Ostatnio na Twitterze pytałam, czy chcielibyście drugą część You Never Know What Happens, ale niewielu z was się udzieliło ;) Tutaj pod rozdziałem napiszcie mi, czy chcecie, czy nie.
Ja się nad tym zastanawiałam, ale mam też pomysł na drugiego bloga ;D 


     NASTĘPNY? = NIEDZIELA!


Całuski Veroniczka! Xoxo 

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 20: "Jeżeli coś jej zrobił, rozpierdole go."

 KAŻDA OSOBA, KTÓRA CZYTA TO FF ZOSTAWI COŚ PO SOBIE W KOMENTARZU, TO WAŻNE WIĘC PROSZĘ :) 
                                 Miłego czytania :)



Justin.


- J-jak to porwana? - zapytał tego wieczoru po raz setny ojciec dziewczyny. - Kto ją, kurwa porwał?! - wszasnął. - Zabije skurwiela! - syknął. 
Wywróciłem oczami, szybkim krokiem podchodząc bliżej niego. 
- Słuchaj, kurwa. Nie mamy czasu na twoje zbędne pierdolenie, teraz może być już kurwa martwa, a ty tu nadal jesteś. - warknąłem. - Idziesz z nami, czy zostajesz tutaj i będziesz jak totalna cipa, która nie potrafi uchronić swojej córki? - warknąłem. Facet podnosi rękę z zamierem uderzenia mnie, ale byłem szybszy i chwyciłem jego rękę wykręcając ją, po chwili rzucając mężczyznę na podłogę. - Jak jeszcze raz będziesz próbował podnieść na mnie rękę, zastanów się trzy razy. - syknąłem. Fagasy z jego "grupy" próbowali do mnie podejść, ale Watson podniósł rękę na znak zostawienia mnie.




Myślą, że się ich boję? 




Zasmiałem się pod nosem z toku ich myślenia - było to zabawnę.




Ja, Justin Bieber nikogo się nie boję. 



- Wiesz gdzie ona jest? - warknął, chłopak z grupy ojca dziewczyny.
- Tak, namierzyliśmy ją, jest w starym magazynie... Jamesa Cullena. - warknąłem. 
- Co kurwa?! - spojrzałem spod byka na ojca Nicol i dodałem. 
- Ogłuchłeś, kurwa?! U Cullena, nie sądziłeś, że też będzie chciał się mścić na tobie? - zapytałem, oczywiście było to pytanie retoryczne. - A jedyny sposób to ona?! - krzyknąłem.
- Jak można tak narazić własne dziecko? - zapytała cicho, chyba żona tego palanta. - Przecież ona niczym nie zawiniła, to tylko i wyłącznie wasza wina! - krzyknąła na nas obu.
- A co ja mam z tym wspólnego? - zapytałem, wywracając oczami.
- Zachciało ci sie romansów, a potem zabijania?! To teraz kurwa masz! A ty.. - zwróciła się do najstarszego z Watson'ów. - Zachciało ci się jakiejś pieprzonej mafii? To teraz masz do cholery! Twoja córka jest w niebezpieczeństwie, może nawet już nie żyć, a ty tu nadal stoisz jak totalny kretyn, zamiast iść tam i rozpierdolić tego kto ją porwał! - wykrzyczała. Wszyscy patrzyli na nią w szoku z jej nagłego wybuchu.
- Twoja żona ma racje. Mamy mało czasu, idziesz z nami, czy zostajesz tutaj? - zapytałem podenerwowany. 



Ona naprawdę już może nie żyć. 



- Idziemy z wami. - warknął. - Macie broń? - zapytał, patrząc na mnie. Pokiwałem głową na "tak", kiedy już się zebrał ze swoimi przydupasami ruszyliśmy w drogę. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę w jakim niebezpieczeństwie jest moja... Znaczy Nicole, w jakim niebezpieczeństwie jest Nicole. Potrząsnąłem głową wyrzucając z niej złe myśli. 



Naprawdę chyba mi na niej zależy.






Nicole.  

Nie wiem ile tu jestem, może tydzień albo nawet dwa, straciłam poczucie czasu przez to wszystko, nawet nie wiem, czy jest dzień, czy też noc. Moja głowa bolała niemiłosiernie, moja noga rownież chyba była skręcona, albo nawet złamana. Po ostatnim "zdarzeniu" z tymi mężczyznami, zostałam pchnięta na ścianę, upadłam i wtedy skoczył na moją lewą nogę, jedyne co usłyszałam to szelest łamanych kości. Moje oko było pewnie napuchnięte jak cholera, w końcu dostałam chyba z sześć razy... 



Damski bokser.



- Wtawaj. - warknął blondyn. 




Wcześniej go tu nie widziałam... 




Dziwne, że nadal nie poznałam ich imion...




Nicole, ty kretynko! Porwali cię, a ty chcesz znać ich imiona? 



Nie miałam siły się sprzeciwiać, jak 
wstać rownież nie miałam. 




Nie chce być znowu bita...



Do oczu napłynęły mi łzy ze strachu przed nim, naprawdę już wolałabym umrzeć niż być znów poniewierana.
- N-nie mogę... - mruknęłam patrząc na niego, a potem na swoją nogę.
- Dlaczego? - zapytał, już bardziej łagodnie? 
- Moja noga... - pociągnęłam nosem. - Chyba jest złamana. - syknęłam, kiedy próbował jej tknąć.
- Co oni ci zrobili... - mruknął pod nosem, ale to usłyszałam. Wolałam nie komentować bojąc się, że mnie uderzy. 
- Pomogę ci wstać potem wezmę cię na ręce, dobrze? - zapytał przyglądając mi się. Był przystojny, miał błękitne oczy i cholera on na mnie patrzał, kiedy ja wyglądałam jak gówno!



Powinnaś się leczyć, kretynko! 


Pokiwałam głową na "nie", wolałam zostać w tej zimniej piwnicy, niż iść gdzieś z nim. 
- Dlaczego? - zapytał.
- Bo kurwa nie chce? - warknęłam, od razu tego żałując. Spojrzał na mnie z podziwem, potem zaczął się chytrze uśmiechać.



Cholera. 



- Prawda co mówili chłopcy. - chłopcy? Staruchy, kuźwa! - Pyskata jesteś. - mruknął, przybliżając się bliżej mnie.
- C-co ty robisz? - zapytałam szeptem.
- Jesteś piękna, wiesz? - zapytał. 


Nie, nie, nie tylko nie to!


- Zwłaszcza teraz... - syknęłam, wywracając oczami. Ponownie się zaśmiał, wstając i wychodząc, zostawiając mnie samą. Usłyszałam jak zamyka drzwi na klucz, czyli, że znowu jestem zamknięta. Położyłam się na czymś co nazwałam materacem, który w cholerę był niewygodny i zasnęłam. 






Justin. 


Dojechaliśmy na miejsce trzema wielkimi samochodami, przez co naprawdę wyglądaliśmy jak prawdziwa mafia. 
Zaśmiałem się, ponieważ naprawdę nią byliśmy. Złość w moich żyłach zaczęła pulsować, a pieści niekontrolowanie zacisnęły się. W samochodzie obmyśliliśmy plan działania, wysiadając z niego bałem się.

 

Bałem się, że już jest za późno i już jej nie ma... 



Ojciec Nicole cały czas przyglądał mi się uważnie, jakby coś podejrzewał, ale nie był pewnien swoich myśli. Nie zwracałem na niego uwagi, przez całą drogę odezwałem się tylko w trakcie planowania akcji, pózniej byłem pogrążamy we własnych myślach. Zatrzymaliśmy się w lesie za budynkiem, w którym być może jest Nicole. 
- Pamiętacie jaki jest plan? - zapytałem. Wszyscy pokiwali głową na "tak". - Jeżeli ją znajdziecie od razu dajecie mi znać i uciekacie razem z nią, zrozumiano? - syknąłem. Ponownie pokiwali głową, nie odzywając się w ogóle. 
- Co ty tak się nią przejmujesz, Bieber? - syknął chłopak z grupy Nathana. 



Kurwa... 



- Poprostu uważam, że nie zasłużyła na to wszystko... - mruknąłem. - Idziemy. - warknąłem. Powoli skierowaliśmy się do magazynu, uważając na to, żeby nikt nas nie zauważył. 



€



  --------------------------------------------


KAŻDA OSOBA, KTÓRA PRZECZYTAŁA ROZDZIAŁ I CZYTA FF ZOSTAWI COŚ PO SOBIE, TO NAPRAWDĘ WAŻNE!

CZEKASZ NA NASTĘPNY? = KOMENTUJ I BĄDŹ NA BIEŻĄCO NA TT - @ynkwh_pff OBSERWUJ I PYTAJ O FBACK! 



     NASTĘPNY? = NIEDZIELA LUB WCZEŚNIEJ, ZALEŻY OD ILOŚCI KOMENTARZY ;))


Całuski Veroniczka! Xoxo 


niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 19: "Nicole skarbie, odnajdę cię."

    CZYTASZ? = KOMENTUJESZ!!!!!!!

                  Miłego czytania :3



Justin

Trzymajcie mnie kurwa! Jeżeli stało jej się coś złego... Nie wybaczę sobie tego nigdy. Kiedy usłyszałem jej krzyk... Moja księżniczka potrzebuje pomocy, a mnie przy niej nie ma. 




Nawet nie wiem, gdzie jest.




Ethan!



Od razu wybrałem numer do Ethana, który zna się na rzeczy i szybko namierzy Nicole. 




Mam nadzieję. 




Odebrał po trzecim sygnale. 



- Yo, Bieber! - powiedział do słuchawki. - Jak tam? Pogodzeni? - zaśmiał się.
- Kurwa, Nicol coś się stało... - mruknąłem. 
- Co kurwa?! Jak to? Co ty pieprzysz, stary? Jak to stało jej się coś? Coś ty jej zrobił?! - zadawał pytania, na które w sumie nie miałem ochoty odpowiadać. 
- Poprostu tu przyjedź z chłopakami, to pilne. - warknąłem i się rozłączyłem. Kiedy kolejny raz spróbowałem dodzwonić się do brunetki, włączyła się poczta głosowa. Słysząc to rzuciłem, telefonem o ścianę, tym samym kopiąc stół, który stał przede mną. 
- Kurwa! - krzyknąłem.
- Stary, coś ty odjebał? - warknął John, wchodząc do domu, zaraz za nim szła reszta.
- Nic. - odpowiedziałem, chodząc w kółko z nerwów. - Pokłóciliśmy się, powiedziała, że mam zniknąć z jej życia i wyszła... - mruknąłem. - Nie wzięła samochodu. - syknąłem.




Jest na zewnątrz ciemno i ponuro, a ona sobie na piechotę poszła.





Jak można być tak nie odpowiedzialnym? 


- Ja pierdole... - mruknąłem, siadając na kanapie. Chłopaki przyglądali mi się uważnie, co mnie strasznie wkurwiało i naprawdę miałem ochotę komuś przyjebać. - Długo jeszcze, kurwa będziecie się tak gapić?! Namierz ją! - krzyknąłem w stronę Ethana, który chyba był zaskoczony moim wybuchem, bo stał w miejscu z uchylonymi ustami i chyba nawet nie miał zamiaru tego zrobić. - Pomożecie mi? - syknąłem. 
- Stary... Zakochałeś się w niej? - zapytał cicho John. 

Co mam mu odpowiedzieć? Że nie wiem? Że tak naprawdę jest dla mnie w cholerę ważna, ale nie potrafię się do tego przyznać? 


- To teraz nie jest istotne, chce ją jak najszybciej odnaleźć, w końcu to moja wina. - odpowiadałem. - Pomożecie? - ponownie zapytałem.
- Stary, jesteśmy rodziną! A jeżeli ona jest dla ciebie ważna, to dla nas tym bardziej. - wykrzyczał Ethan, uśmiechnąłem się pod nosem, patrząc jak Ryan wyciąga sprzęt. 
- Dzieki, nie wiem co bym bez was zrobił. - powiedziałem szczerze. 
- Nie było by cię tu już. - zaśmiał się Jake. 
- Aż tak sobie nie pochlebiaj, do roboty. - spoważniałem. 




Siedzielismy w salonie z dobre cztery godziny i nadal nic nie mamy, myślałem nad powiadomieniem Nathana o zaginieciu Nicole, może by nam pomógł. 
- Watson wie? - odezwał się Liam, spojrzałem na niego i pokręciłem przecząca głową.
- Myślę nad tym, czy mu nie powiedzieć. W końcu to jej ojciec i pewnie się o nią martwi. - odpowiedziałem wstają i kierując się do holu.
- A ty gdzie? - zapytał Ethan. - Mamy trop! - zawołał po chwili. Gdy to usłyszałem serce z piersi prawie mi wyskoczyło, wbiegłem do pomieszczenia potykając się o schodki. 
- Gdzie jest? - warknąłem.
- W starym magazynie na zachodzie. - syknął. - Jest jeszcze jednen problem, ten magazyn należy do Jamesa. - warknął. 




Co kurwa? 





Nicole

Otworzyłam powoli oczy i zobaczyłam, że jestem w starej piwnicy, czy co to jest. Głowa niemiłosiernie mnie bolała, a nogi miałam jak z waty.


Jak ja się tu znalazłam? 




Co się dzieje?! 




Cholera, czyli zostałam porwana?




O mój Boże! 




Gdzie jest Justin, kiedy go potrzebuje?!


Podniosłam się do pozycji siedzącej, podkulając nogi pod brodę, a moim ciałem wstrząsnął szloch. Usłyszałam jak ktoś przekręca klucz w drzwiach i wchodzi do środka.



O cholera. 


- Patrzcie kto się wybudził, nasza królewna. - zaśmiał się jeden z nich. - Jak się spało? - zapytał ciemnowłosy. Nie odpowiedziałam, moje ciało było sparaliżowane, a w gardle pojawiła się gula. - Nie masz języka w gębie? - warknął ten sam mężczyzna. Pokiwałam głową na "nie". 
- C-czego ode mnie chcecie? - zapytałam cicho, w oczach pojawiły mi się łzy, nie chciałam pokazywać im, że jestem słaba, ale nie potrafiłam.
- Chcemy zemsty. - wywróciłam oczami.




Kurwa, nagle każdy chce się mścić.



- Zawsze taka wygadana, pyskata i wulgarna, a tu proszę. Siedzi cichutko, jak mysz pod miotłą. - zacmokał jeden z nich. - Może nam o sobie opowiesz, słońce? - zadał kolejne pytanie.
- Powiem tylko tyle, że masz przejebane. - wzruszyłam ramionami. Nie wiem skąd nagle u mnie taki przypływ pewności siebie, ale to chyba źle. Spojrzeli się na siebie, a potem wszyscy wybuchli gromkim śmiechem, przez co dostałam gęsiej skórki. 
- Od kogo? - zapytał, najwyraźniej rozbawiony. - Od twojego tatusia? - ponownie się zaśmiał. - Cóż kochanie... Wątpię, żeby twój ojciec po ciebie tutaj przyszedł. - mruknął, podchodząc bliżej. - Podnieś się. - warknął. 
- Pierdol się. - splunęłam.
- Ty mała dziwko! - krzyknął, wycierając twarz. Po chwili krzyknęłam z bólu, ponieważ poczuła pieczenie na policzku.



Skurwysyn mnie uderzył. 


- Szacunku trochę, suko. - warknął.
- I co? Myślisz, że jeżeli uderzyłeś mnie, czyli dziewczynę to będę odnosić się do ciebie z szacunkiem, kurwa?! - krzyknęłam. - Chuj. - warknęłam. Poczułam jak jego pieść ponownie ląduje na mojej twarzy, powodując mój pisk. 
- Dziwka. - krzyknął. - Mam nadzieję, że przez cały twój pobyt tytaj, nauczysz się czegoś. - syknął, kąpiąc mnie w brzuch.




Justin gdzie jesteś? 





Justin. 


- Zabije skukinsyna! - krzyknąłem.
- Justin, uspokój się. Jedziemy do domu Watson'ów, powiadomimy o tym Nathana i jedziemy po Nicki. - syknął.
- Macie broń? - zapytałem.
- Kiedy ty przeżywałeś chwilowe załamanie. - wywrócił oczami. - My pokowaliśmy sprzęt. - dodał. 
- Brawo, chłopcy. - pochwaliłem. 





Zatrzymaliśmy się pod domem Nicole. Ubrani na czarno, skierowaliśmy się w stronę domu. Bez pukania wpakowaliśmy się do środka, Nathan jak zwykle siedział ze swoimi pracownikami - oczywiście tymi z Mafii. - w salonie, kiedy mnie zobaczył chyba się rozzłościł. 
- Czego znowu chcesz? - warknął, podchodząc do mnie.
- Nicol, została porwana. - syknąłem.



Nicole skarbie, odnajdę cię.



Obiecuję. 





-------------------------------------------


Uff... W końcu go skończyłam :D myślałam nad nim tydzień, a nawet więcej, ponieważ wena już powili mnie opuszcza i obawiam się, że niedługo będę musiała zawiesić bloga z powodu braku weny :< Ale postaniowłam, że dokończę to ff z weną, czy bez. Dokończę. 

Przepraszam za takie długie opóznienie, postanowiłam, że rozdziały będę dodawała w niedziele, teraz już serio. Bez smieniania terminu. 


    KOLEJNY? - NIEDZIELA!

                 KOMENTUJ!!!!


Całuski Veroniczka! Xoxo